Na Arubie i Curaçao styczeń zwykle pachnie kremem z filtrem i pieniędzmi z turystyki. Tym razem pachnie niepewnością. W halach przylotów robi się ciszej, samoloty nie przylatują, a hotele zamiast kompletów rezerwacji liczą straty. Po drugiej stronie Morza Karaibskiego trwa niepokój i dochodzi do zmian w wyniku amerykańskiej operacja w Wenezueli, a jej echo dociera szybciej niż jakiekolwiek oficjalne komunikaty z Hagi.
Holenderski rząd techniczny, złożony z zaledwie dwóch partii, oraz część opozycji mówi dziś językiem ostrożności. „Monitorujemy sytuację”, „apelujemy o deeskalację”, „priorytetem jest bezpieczeństwo obywateli”. To brzmi rozsądnie, ale na wyspach ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) rozsądek mierzy się w dolarach. Każdy dzień zamkniętego lub ograniczonego ruchu lotniczego to kolejne miliony strat dla lokalnych gospodarek, uzależnionych niemal całkowicie od turystyki. Według lokalnych analiz zamknięcie przestrzeni powietrznej kosztuje wyspy 18 milionów dolarów dziennie.
Równolegle wraca stary lęk, dobrze znany na Arubie i Curaçao: migracja. Już wcześniej setki tysięcy Wenezuelczyków próbowały ucieczki przed kryzysem, a wyspy były dla wielu z nich pierwszym bezpiecznym lądem. Teraz pytanie brzmi nie „czy”, lecz „kiedy” i „w jakiej skali” kolejna fala spróbuje przeprawy przez kilkadziesiąt kilometrów morza. Aktualnie na tych trzech wyspach według szacunków lokalnych władz i organizacji humanitarnych co 4-5 mieszkaniec jest z Wenezueli.
W Hadze ten niepokój przekłada się na polityczne przyspieszenie. Parlament przerwał świąteczną ciszę, a 8 stycznia odbędzie się debata z udziałem ministra spraw zagranicznych, poświęcona konsekwencjom kryzysu: bezpieczeństwu, migracji i stabilności Królestwa Niderlandów.
Jest w tym wszystkim pewien dysonans, o którym mówi się półgłosem. Holandia oficjalnie podkreśla, że nie bierze udziału w amerykańskiej operacji wojskowej. Jednocześnie od kilku miesięcy umożliwiała Stanom Zjednoczonym korzystanie z baz wojskowych na Arubie i Curaçao. Formalnie, bez bezpośredniego zaangażowania w ataki. Politycznie, w roli sojusznika, który wie, że jego terytorium znajduje się na pierwszej linii ewentualnych konsekwencji. Pomimo różnych statusów – Aruba i Curaçao są niezależnymi krajami w ramach Królestwa Niderlandów, a Bonaire gminą Holandii – żadna z owych wysp nie należy ani do NATO ani do UE. Ich bezpieczeństwo całkowicie jest zależne od obecności marynarki, korpusu marines i lotnictwa królestwa.
Ten rozdźwięk jest dobrze widoczny także w holenderskiej polityce wewnętrznej. Jedni podnoszą kwestie prawa międzynarodowego i braku mandatu ONZ, w tym kandydat na kolejnego premiera Holandii Rob Jetten z D66. Tylko lider PVV Geert Wilders całkowicie popiera amerykańską operację. Reszta mówi językiem wyczekiwania, jakby licząc, że sytuacja rozwiąże się szybciej, niż zdąży się wymknąć spod kontroli. Poza D66 tylko lewe skrzydło parlamentu krytykuje otwarcie USA – czy to za łamanie prawa międzynarodowego czy wręcz za pobudki imperialistyczne.
Na wyspach nikt nie ma luksusu takiego czekania. Tam wojna – nawet ta „nie nasza” oznacza puste plaże, odwołane loty, nerwowe spojrzenia w stronę morza i pytanie, czy spokój uda się utrzymać jeszcze tydzień, czy już tylko kilka dni. Geopolityka nie jest tam abstrakcją. Jest codziennością. Już wcześniej antyliańscy rybacy informowali o problemach z połowem ryb z obawy przed atakami amerykańskich sił na małe łodzie rybackie, których właściciele mieli przemycać narkotyki.
Holandia znów musi zmierzyć się z faktem, że jest nie tylko europejskim państwem środka, ale też karaibskim krajem granicznym. I że decyzje podejmowane tysiące kilometrów dalej mają bardzo konkretne skutki na kilku niewielkich wyspach, które znajdują się zbyt blisko historii, by pozostać wobec niej obojętne.
Autor: Patryk Kulpok
Komentarze
Prześlij komentarz