Z dniem dzisiejszym internet stał się areną politycznej burzy nie tylko w Brukseli, lecz również w Warszawie, i to z udziałem samego prezydenta Karola Nawrockiego, który właśnie zawetował ustawę wdrażającą tak zwaną ustawę o usługach cyfrowych (DSA).
Na pierwszy rzut oka DSA to suchy, techniczny akt unijny. Jest to zestaw zasad, które miały uporządkować działanie platform internetowych, od moderowania treści, przez przejrzystość reklam, aż po walkę z dezinformacją i treściami nielegalnymi. Dla zwolenników to narzędzie konieczne: w świecie, gdzie globalne korporacje mają wpływ na to, co widzimy i jak myślimy, bez jasnych reguł jesteśmy jak żeglarze bez kompasu. DSA miało wprowadzić więcej odpowiedzialności i przejrzystości, a mniej chaosu i bezkarności. Ale jak to w polityce bywa, nawet najpiękniejsze idee mogą się potknąć o realia legislacyjne i obawy o wolność słowa. I tu zaczyna się problem.
Prezydent Karol Nawrocki, zamiast dość standardowego podpisania ustawy, sięgnął po konstytucyjne prawo weta. Jego argumenty były proste w formie, ale ciężkie w skutkach: nie może podpisać ustawy, która w praktyce oznacza „administracyjną cenzurę” i zbyt daleko ingeruje w wolność wypowiedzi obywateli. W mediach społecznościowych Nawrocki mówił wprost, że choć chronić trzeba dzieci i walczyć z realnymi zagrożeniami online, to jednak proponowane rozwiązania legislacyjne idą za daleko i zamiast chronić – tłumią i cenzurują.
To nie jest tylko techniczna uwaga. To polityczne przesłanie: wolność słowa kontra bezpieczeństwo w sieci. Wielu komentatorów wieszczy, że Nawrocki chce być „obrońcą wolności”, inni widzą w jego decyzji próbę ograniczenia siły państwa wobec gigantów cyfrowych. Jeszcze inni, i to nie tylko w internetowych komentarzach, ostrzegają, że to weto może wręcz osłabić narzędzia walki z przestępczością i dezinformacją, które niejako stały się zakładnikiem obaw dotyczących cenzury.
Co więcej, weto Nawrockiego to część szerszej linii politycznej, którą prezydent realizuje wobec ustaw rządowych, wcześniej blokował m.in. przepisy dotyczące rynku kryptoaktywów, które jego zdaniem zagrażały wolności obywatelskiej, a także inne projekty, które jego biuro oceniało jako nadmierne lub źle skonstruowane.
I tu warto postawić pytanie: Czy faktycznie Karol Nawrocki dba o naszą wolność, czy tylko realizuje swoje polityczne wojenki przeciwko Donaldowi Tuskowi?
Tekst nie ma na celu nikogo urazić.
Komentarze
Prześlij komentarz